Apatheism – kolejne nowotwórstwo

Pamiętacie wpis w których opisywałem formy ateizmu… Ano, to nie koniec. Powstało nowe słowo – apatheism – przez połączanie ateizmu i apatii.

I tak apatheism lub po polsku – pozwolę sobie przetłumaczyć – apateizm: Bóg i religia nie mają znaczenia dla ludzkiego życia. Czy jest się ateistą, czy wierzącym, czy agnostykiem czy nie… czy bóg ruszył bakterię w pierwszej plucie życia, czy życie powstało samo – tak o! nie ma to znaczenia. Właśnie taki jest apateizm – nie sceptyczny ale stoicki – poprzez ignorancję radzi sobie z tymi wszystkimi zagmatwanymi pytaniami.

Tak więc jestem ateistycznym apateistą – to znaczy ateistą który na pytanie o Boga zawsze odpowie – czy jest czy go nie ma (choć wiem że go nie ma) – nie ma to wpływu na moje życie. Tym sposobem odrzucam religię i zakład Pascala – bo ino – jeśli się okaże że jest – spytam go: ba… chyba nie myślałeś, że będę się do Ciebie modlił?

 

PS. Nie wiem skąd u ludzi potrzeba by wszystko nazywać… bo choć apateistą byłem prawdopodobnie zawsze, nigdy nie myślałem, że na takie podejście znajdzie się jakaś nazwa… phi… świat mnie nadal zaskakuje.

Reklamy

I can’t survive. I can’t exist. We are all sick!!!

Mam problem natury egzystencjalnej. I można teraz przyznać, że filozofia popierdoliła mi w bani do tego stopnia, że zamiast zastanawiać się, kto ma szanse na finał Must Be The Music… ja myślę o tym dlaczego żyję? Dlaczego zostałem powołany na świat? Jak sens mam moje życie? Jak nadać sens swojemu życiu? Czy warto nadawać sens czemuś co zostało absurdalnie powołane do życia bez jakiegokolwiek sensu czy też istotnej, oczywistej przyczyny? Czy naprawdę żyjemy tak po prostu – by żyć i odczuwać „życie samo w sobie”? Czy wystarczy czerpać sens z każdej przemijającej chwli nawet jeżeli w generalnym sensie jest ona pozbawiona sensu?

Problem, który mnie dotyczy polega na tym – dlaczego w ogóle o tym myślę! Tym samym zacząłem przypominać wszystkich „ućpanych” wyślicieli jakich wydała matka ziemia. A zaczęło się od felicytologii – teorii szczęścia. Właściwie to bardzo chciałem rozwinąć myśl „pieniądze szczęścia nie dają”. Chciałem mieć szerokie pojęcie o szczęściu by swymi głoszonymi ideami inspirować innych do przemyśleń. To wszystko okazało się niebezpiecznym, destrukcyjnym strzałem w kolano. Ale zanim do tego przejdę, kilka pomniejszych uwag.

Przypowieść o ateiście i katoliku. Spotykają się dwa skrajne przeciwieństwa i zaczynają dyskutować o dwóch skrajnie przeciwstawnych poglądach. Ateista próbuje przekonać katolika, że wiara w Boga to marnowanie życiowej energii a katolik tłumaczy, że brak wiary oznacza upadek duchowości bez której nie można moralnie żyć. Finałem takiej rozrywki nie będzie aprobata drugiej osoby. Nikt o zdrowych zmysłach nie zmieni swoich poglądów o 180 stopni w czasie 15 minutowej pogawędki (lub ostrej wymiany zdań). Człowiek potrafi się zminić ale to trwa miesiacami a nawet latami. Domniemam, że są ludzie zmieniający swoje poglądy po kilkunastu/kilkudziesięciu latach.

Calem życia większości ludzi jest chęć posiadania. Taki nasz modus. Chodzi o ciągłe wspinanie się na szczyt – stałe powiększanie swojego majątku i ciągłe przeżywanie awansów społecznych. Na tym opiera się nie tylko gospodarka – warto się na chwile zatrzymać by podkreślić jak ważne jest to o czym teraz piszę… to jest bardzo ważne – na tym opiera się nie tylko gospodarka ale całe społeczeństwo wraz z jego kulturą. To jest mechanizm, energia życiowa która napędza ludzi – mieć i posiadać coraz więcej. Mieć ludzi – żonę i dzieci. Mieć majątek – samochód, dom. Mieć pozycję – zawód, profesję, pracę. Mieć wiedzę – wykształcenie, znajomość języka. Mieć wizerunek – odpowiedni ubiór, wykreowane piękno. To jest upadek humanizmu – dehumanizacja społeczeństwa nastawionego na modus posiadania.

Uświadomiwszy sobie świat inny niż ten, który stał się celem większości ludzi… żyję w pustce, którą wypełniają przyjaciele, muzyka, książki i piękno natury która mnie otacza. To jedyne co mam – reszta nie ma żadnego znaczenia. Wywołuje to we mnie lęk bezcelowości – czerpię szczęście z teraźniejszości swego życia ale brakuje mi jakiegokolwiek celu, który chciałbym osiągnąć. To po krotce jest mój pierwszy egzystencjalny problem. Absurdem jest że żyję, absurdem jest że umrę gdyż stwórca nie wskazał nam żadnej drogi którą mam podążąć (z wrzechogarniającego konsumpcjonizmu na włane życznie zrezygnowałem).

Kolejny problem egzystencji to moja bezsilność. Wspominając przypowieść o ateiście i katoliku, wiem po sobie jak długo dojrzewałem z myślą modus bycia jaki teraz sobą reprezentuje. To trwało latami i zaczęło się na długo zanim zainteresowałem się filozofią (ona jedynie nadała kształt i sens moim przemyśleniom). Bezsilność odczuwam gdy próbuję przebudzić innych z koszmaru konsumpcji – myślami krzyczę jak kaznodzieja: odrzućcie świat materialny jaki wami zawładnął, poczujcie życie tu i teraz – jego smak i rozkosz jaką można z niego czerpać – …i się poddaję.

Żaden ze mnie Jezus… pod tym względem odczuwam – trzeci problem egzystencji – całkowitą samotność.

Problem mojej egzystencji polega na lęku bezcelowości, mojej bezsilności i całkowitej samotności.

Nie podpisuję się pod żadną subkulturą

Przyjaciele (a co tam, dziś możecie być przyjaciółmi) – nazwali mnie hipsterem! Więc w tym temacie – ot co to jest subkultura, co to jest hipster i czym się różni alternatywa od undergroundu?

Subkultura młodzieżowa – bo tylko taką e tym temacie mam na myśli, to inaczej subkultura odnosząca się wyłącznie do mody, ubierania się, światopoglądu z wyłączeniem innych kryteriów, jak np. kryteriów zawodowych. Sub-kultura czyli w dosłownym tłumaczeniu pod-kultura jest alternatywą dla kultury ogólnej – jest odmianą dla przeciętności i zwykłości. Wiele osób wiąże się z jakąś konkretną (coraz częściej wprost nieokreśloną) subkulturą po to tylko by się wyróżnić… zabłysnąć. W rzeczywistej praktyce – subkultury są największym motorem dla mody – każdy chce być inny, lepszy, bardziej świecący. Nawet Punk, który rzekomo zawsze miał wszystko w d* stał się konsumentem glanów, koszul w kratę i skórzanych pasków z ćwiekami. Jeżeli nawet był zwolennikiem DIY (co jest trochę dziwne, jak niby sam sobie uszył glany), swoją odmiennością sprowokował „przeciętniaków” którzy wypadali przy nim naprawdę, bardzo szaro.

Tak więc, subkultura niezależnie od muzyki jaką przez lata preferowałem, zawsze była dla mnie dnem. Wiem, że pisząc o tym w ten sposób, co niektórym wbijam nóż prosto w plecy. Zajrzyjcie do własnej szafy lub albumu ze zdjęciami i sami oceńcie jak wiele ubrań kupiliśmy by się wyróżnić od innych – subkultura jakakolwiek by nie była – zawsze jest tylko wizytówką. Owszem, jest jeszcze to co nam siedzi w głowie, ale do tego nie trzeba się jakoś szczególnie wyróżnić. Wystarczy słowo przekazywane z ust do ust – odważne wyrażanie własnych poglądów, szczególnie tych skrajnych to jedyna forma buntu jaką akceptuję.

Hipster to osoba, która silnie manifestuje swoją niezależność, oryginalność i indywidualność. Definicja ta jest dość uboga, zbyt leksykalna. Co w praktyce oznacza wyraz „manifestować” w powyższym kontekście?

Hipster jest człowiekiem, który preferuje wszystko co alternatywne. Alternatywa zaś, jest jedną z dwu (nie więcej) możliwych rozwiązań. Hipster będzie wybierał opozycję (tu rozumianą jako alternatywę) wobec mainstreamu dzięki temu będzie się wyróżniał środkami kultury – modą, muzyką, sztuką, filmem, książką – które są niepopularne. Gdyby hipster nie chciał być alternatywny tak naprawdę nie można by go wrzucić, do jakiegokolwiek subkulturowego worka – inaczej okazałoby się, że nawet moja 80-letnia babcia byłaby członkinią jakiejś subkultury – hipsterką w kółku hafciarskim, gdyż jako jedyna używa różowego koloru w harfach regionalnych.

I teraz część najtrudniejsza z mojego wywodu… skoro zawsze lubiłem to co jest „niezależne” dlaczego nie chce być uważany za hipstera? Alternatywa jak wspominałem, jest jedną z dwu możliwych opcji. Alternatywa w muzyce to opozycja wobec muzyki najbardziej popularnej. Alternatywny zespół to ten, który ma w d* MTV i chce robić coś innego (a „chcieć” w tym zdaniu ma kluczowe znaczenie). Przedstawiam wam dwa obozy – muzykę pop i jej alternatywę – wschód i zachód. Underground w muzyce nie jest alternatywą tylko swobodnym projektem – samodzielną ścieżką. Underground jaki rozumiem przez muzykę np. SXE Hard Core* żyje własnym życiem – rozwija się w cieniu, tak jakby wydawnictwa i wytwórnie fonograficzne w ogóle nie istniały. Podobny stosunek mam do mody, ponieważ największym moim wyznacznikiem przy wyborze odpowiednich ubrań jest to, by moje ciuchy nic nie znaczyły – ani elegancji, ani stylu ani młodzieżowego buntu stojącego w opozycji do czegokolwiek. Czy w tym może istnieć jakakolwiek kultura? Absurdem jest nadawanie znaczenia czemuś co go zupełnie nie posiada.

* można zastąpić czymkolwiek, np. atmosferyczny hard-core lub post-trance-core.

Świat potrzebuje sympatycznych ludzi

Jeżeli Bóg istnieje, hipotetycznie… nie wiem co to znaczy hipotetycznie ale wydaje mi się, że to poprawne użycie tego słowa… jeżeli Bóg istnieje to na pewno kocha uśmiechniętych ludzi. Właściwie, to ma w d* katolików, protestantów, żydów, hindusów, buddystów i wszystkiego co człowiek wymyślił w kwestii religii. Powtórzy razem, głośno i wyraźnie… BÓG KOCHA UŚMIECHNIĘTYCH LUDZI – i uśmiecha się razem z nimi. Nawet jeżeli jakiś Boss na swoim Jachcie uśmiecha się z powodu posiadania jachtu – to i tak przed chwilą zjebał służącą za zimne danie z krwistego mięsa. Ludzie są zepsuci i o tym głownie będzie nowa odsłona mojego bloga.

Oczywiście, powiecie tak się nie da… ludzie są i będą zepsuci. Pewnie, macie rację… więc powiedzmy sobie „ale ze mnie głupi chuj, ja pierdolę” – jak w filmie „80 milionów”.

Nie, nie, nie… Ja się kategorycznie (kolejny dziwny wyraz) nie mogę się z tym zgodzić. Raczej słowami Gandhiego* „bądźmy tacy jaki chcemy ujrzeć świat”. Co z tego, że raju nie będzie, nie ma i nie będzie żadnej idealności skoro idealność występuje tylko w matematyce, w geometrii. RAJ jest tu, wokół nas a jego postrzeganie, barwy w jakich go widzimy siedzą w naszej głowie… jak taki aniołek i diabełek, którzy wiecznie szepczą nam do ucha.

A nasze przykrości i problemy (czasem konkretne tarapaty) sprawiają, że nie działamy jak trybiki w maszynie. Ciągle bogacimy się w nowe doświadczenia, które tworzą jak z plasteliny, nasz własny charakter. Im więcej cierpienia doświadczymy tym większą mądrość osiągniemy – zupełnie jak nieśmiertelna Sybilla*, która osiągała swój dar wraz z mijającym czasem.

Wystarczy tak niewiele, drobnostka. Uświadomcie sobie, że jesteście kierowcami (tak, driverami) waszego samopoczucia a nie odwrotnie… tak jak większość uważa się za pasażera własnych emocji, tak jakby one żyły własnym życiem, niezależnie od naszej woli.

A wszystko to z powodu spotkania pewnego kierowcy, właściciela niewielkiej firmy, który przywiózł nam nową kuchenkę (taki unikatowy, trudno dostępny model – na drewno). Był jednym z tych osób, które widzi się tylko przez chwilę, a jednak mimowolnie zapadają w pamięć na całe życie. Świat potrzebuje sympatycznych ludzi.

Pozytywnie nastrojony obejrzałem sobie Agorę. Film opowiada o starożytnej Aleksandrii oraz filozofce Hepatii. Proszę was abyście obejrzeli ten film, bo warto, i zapamiętali poniższy cytat:

  • a ty w co wierzysz?
  • …Wierzę w filozofię!
  • Filozofię, a komu to potrzebne w dzisiejszych czasach?!?

Parafrazując tytuł bardzo ciekawej książki dwóch bibliofilów**: „Nie myśl, że filozofia zniknie”.

* umyślnie nie wyjaśniam szczegółów postaci, byście wy sami się nimi zainteresowali.

** od tytułu „Nie myśl, że książki znikną” – Umberto Eco i Jean-Claude Carriere.

Prostolinijność

Obiecałem ostatnio wpis podsumowujący wszystkie zmiany, które we mnie zaszły w trakcie ostatnich dwóch lat… niestety, na taki wpis sobie jeszcze poczekacie, jeśli w ogóle go dokończę. W ciągu ostatniego tygodnia nie miałem czasu ani ochoty. Nic nie jedząc czekałem na wizytę u dentysty. Mam taki odwieczny problem stomatologiczny, który pozostał moim najwierniejszym przyjacielem z dzieciństwa. Chodzi o cztery zęby, w których co jakiś czas muszę wymienić plomby. Sprawa wcale nie jest taka prosta, gdy miesiąc po kontroli z dnia na dzień wypadają dwie plomby, z czego jeden ząb wymaga ponownego leczenia kanałowego. Spędzam godzinę na fotelu, by dostać skierowanie do innego dentysty by i u niego spędzić godzinę, potem wracam do pierwszego po wypełnienie wciąż tego samego zęba. Jestem w bieżącym miesiącu spłukany i nie mam zamiaru nawet tego liczyć.

Sprawa się trochę skomplikowała, ale radość z możliwości jedzenia jest przeogromna i rekompensuje cały stracony czas.

Pozwolę sobie teraz opisać archetyp człowieka, którym na pewno nie chciałbym być. Leżąc godzinę na fotelu miałem okazję wsłuchać się w burzliwą dyskusję pana-snoba i jego asystentki – pani-snobki. Oboje po czterdziestce. Pan-snob wyrażał się bardzo doniośle na temat polskiego szkolnictwa – o tym, jakie jest złe, że dzieci się przestają uczyć, partia polityczna „x” rozpsuje naszą młodzież. Mówił np. „Jak oni zamierzają wychowywać w tym kraju kolejnych lekarzy, toć to zupełny skandal jest”. Pani-snob asystentka cały czas przytakiwała od czasu do czasu próbując wpleść własne zdanie – „oby tylko zabrzmiało równie doniośle”. Ja, ten zbuntowany miłośnik filozofii… pierdolony indywidualista który pozjadał wszystkie rozumy świata. Oni – snobowie, tłuści, starzy i na wskroś idealnie przeciętni – nie mają pojęcia czym jest afirmacja życie ale idealnie „wiedzą co się dzieje”, są obeznani w języku, polityce i pierdolonej konsumpcji – tacy, którzy potrafią cały dzień spędzić przy oglądaniu wiadomości. Tak, to jest właśnie archetyp ludzi, który w mniejszym lub większym stopniu posiadam sam – choć próbuje się z tego uwolnić – przynajmniej wiem w czym tkwi problem. Cała baja polega na tym, by się z tej normalności wybudzić. Krzyknąć – „ja was kurwa pierdolę.” Bunt indywidualny, wewnątrzosobowy, którego nie sposób sprzedać.

Jeżeli macie mnie już dość – uświadamiam was – taki właśnie jestem. Jestem prostolinijny czyli neutralny i szczery co jest moją największą zaletą i zupełnie zgadzam się z każdym człowiekiem, który mi to powiedział. Największa moja wada jest dosłownie skutkiem prostolijnijności. Krytykuję ludzi za ich sztuczność i nienaturalność, czasem bardzo bezpośrednio i bezczelnie… zupełnie tak jakbym chciał zmienić i naprawić świat, całe ludzkie zepsucie… a skoro nie mam kaznodziejskiej odwagi do głoszenia ckliwych przemówień na ulicy, piszę bloga!

Finał rozmowy snoba i jego asystentki skończył się na motoryzacji. Uno… najpierw mówiło się o nowym samochodzie, kupionym „bo go stać”. Następnie snob zastanawiał się nad zakupem skuterów dla swoich synów… bo ciężko im się do szkoły chodzi z wyraźnym podkreśleniem „jak mało pali skuter”. Chciałem krzyczeń: „kurwa, kup im porządne rowery to może nie pójdą w ślady ojca” ale niestety… akurat dłubał mi palcami w ustach i ciężko było cokolwiek powiedzieć… i tu pasuje „milczenie jest złotem”.

Dlaczego nie lubię Harcerzy?

Nie lubię a nie nienawidzę, to drugie dotyczy uczuć, a ja kieruję się przekonaniami. ZHP oraz ZHR nigdy mi nie odpowiadały i naprawdę nie chodzi o te śmieszne mundury. Zacznę od podziału. ZHR to taka Młodzież Wszechpolska tylko w wersji Easy. Dlaczego? Ano tego tłumaczyć mam nadzieję nie muszę. W młodym wieku nie powinno się dziecku kazać spowiadać… a ZHR to budowanie ruchu pro-katolickiego! Dzieciaki nie są w stanie popełnić ciężkich grzechów – ewenementy są – ale to tylko ewenementy. Dzieciństwo powinno być ideologicznie „bezideowe”. Niestety… zaraz jakiś dzieciak ideowych i chrześcijańskich rodziców opisze swoją fascynację ZHR – „nie byłeś, to się nie wypowiadaj” ;-) Oczywiście, sram na to… bo jak zwykle mam rację. Przypomnę jednak, że nikt nie rodzi się katolikiem – rodzimy się „tabula rasa” i można z nas chorobliwie zrobić wszystko… a później taki „x” pieprzy, że nikt go do kościoła nie zmuszał… sam chciał. To jest brutalne – on nawet nie wie lub nie chce wiedzieć jak łatwo i podświadomie uległ wpływom…

Teraz najważniejsze… moje „nielubienie” skierowane jest głównie w stosunku do ZHR”… bo to taki „Jezus Camp”. Pozostaję kwestia ZHP czyli Związek Harcerzy Polskich. Ponoć, taka lewicowa odmiana ;-) Mili moi… to nie jest lewicowa odmiana. Brak wątku kościoła, codziennych mszy i modlitw nie robi z tej organizacji w żadnym calu Związkiem Harcerzy Lewicowych. Nie! Ale powoli…

Abyście mnie ludziska nie zjechali „że czepiam się dzieciaków” o sprawy dorosłych” wyjaśniam… to ja się czepiam, że dzieciaki podświadomie wchodzą w ideologię patriotyzmu – więc? Nie czepiam się harcerzy tylko organizacji – która wymaga (według mnie) konkretnych zmian.

Dobre słowo… oczywiście, ZHP ma więcej zalet niż wad. Jestem przekonany, że są oni wychowywani na jak najlepszych obywateli. Ale… w tej całej zabawie, rozpalaniu ognisk, bieganiu po lesie z kompasem jest wątek patriotyzmu przekazywany w sposób „autorytarny”. Tu, autorytetem jest władza ZHP oraz instruktorzy… podmiotem jest dzieciak, zafascynowany Harcerstwem zafascynuje się też patriotyzmem – tą nieszanowaną przeze mnie odmianą, defilad, hymnów, wystąpień a nawet poświęceń i pamięcią, rozgrzebywaniem starych ran, uprzykrzanie się kto co zrobił i ile zniszczył.

Pytam się dlaczego Harcerstwo Polskie nie nazywa się po prostu Harcerstwem lub Skautingiem… ano, skauting jest bezideowy więc ZHP nie ma moralnego prawa posługiwać tą nazwą. Tak więc ZHP nie jest odmianą Skautingu lecz odrębną jego częścią.

Związek Harcerzy Polskich – Jest wychowawczym, patriotycznym, dobrowolnym i samorządnym stowarzyszeniem otwartym dla wszystkich bez względu na pochodzenie, rasę czy wyznanie.Wychowanie w ZHP opiera się na normach moralnych, wywodzących się z uniwersalnych, kulturowych i etycznych wartości chrześcijańskich, kształtuje postawy szacunku wobec każdego człowieka, uznając system wartości duchowych za sprawę osobistą każdego członka Związku.

Jeżeli „paradoks” to nieodpowiedni komentarz do powyższej definicji ZHP, proszę… ukrzyżujcie mnie. Mało… pierwsze prawo zucha „Zuch kocha Boga i Polskę”… dobra, dobra… nadal nie czujecie paradoksu?

Cel statutowy ZHP: upowszechnianie w społeczeństwie takich wartości jak: wolność, prawda, sprawiedliwość, demokracja, samorządność, równouprawnienie, tolerancja i przyjaźń.

Poniżej pogrubię wszystko z prawa ZHP co budzi moje wątpliwości…

  • Harcerz Służy Bogu i Polsce, i sumiennie spełnia swoje obowiązki.
  • Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy.
  • Harcerz jest pożyteczny i niesie pomoc bliźnim.
  • Harcerz w każdym widzi bliźniego, a za brata uważa
    każdego innego harcerza.
  • Harcerz postępuje po rycersku.
  • Harcerz miłuje przyrodę i stara się ją poznać.
  • Harcerz jest karny i posłuszny rodzicom i wszystkim
    swoim przełożonym.
  • Harcerz jest zawsze pogodny.
  • Harcerz jest oszczędny i ofiarny.
  • Harcerz jest czysty w myśli, mowie i uczynkach i zwalcza szkodliwe nałogi.

Mam szczerą wole całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętne pomoc bliźnim, i być posłusznym prawu harcerskiemu.

Naprawdę, nie chciałbym poznać Harcerza który traktuje powyższe nadmiar poważnie… na szczęście Ci których do tej pory poznałem, sami uznali, że do Harcerstwa należy podchodzić z dystansem… i innym też tego życzę.

Tatuaż według oszołomów…

Odwołuję się artykułu „Wytatuowane ciało” którego autorem jest pani (o frywolnym nazwisku) Ewa Polak-Pałkiewicz (sic!), całość znajduje się na stronie niedziela.pl << kliknij tutaj

Autorka swoją archaiczną postawą udowadnia jak bardzo… delikatnie ujmując… trudny okazuje się świat współczesny dla oszołomów. Musiałem przebrnąć przez totalne wodolejstwo by w ostatnim akapicie przeczytać:

…na ich ciele jest czymś odrażającym, bo kojarzy się z więzieniem, z kryminalistami, z pogardą dla własnego ciała, nie zaś z kobiecością. Nie zdobi, tylko oszpeca. Kaleczy fizycznie i psychicznie, ale także zabija znaczenia i wprowadza zamęt w myśleniu o sobie samej. Zamęt w poczuciu kobiecej tożsamości. A na to, kim jest kobieta, prawidłowej odpowiedzi udziela tylko Bóg*.

*błagam was miłe, piękne panie… nie szukajcie w Biblii odpowiedzi na to pytanie.

I jak to się dzieję, że niektórzy ateiści nadal głoszą swoje „tolerancyjne idee”? Podejście do takich tekstów w tolerancyjny sposób nie mieści mi się między uszami. Wolę być „wojującym ateistą” niż pozwolić by oszołomy na prawo i lewo głosiły ostre, krytyczne teksty którymi obrzucają normalnych ludzi. Różnica między mną a nimi jest taka, że ich obrażać nie można wedle „wolności wyznania” a nawet kultury osobistej – bo im wszystko wolno, nam – nie!

Dziś dominują dowolne postmodernistyczne czy psychologizujące interpretacje Boga, które niewiele lub zgoła nic nie mają wspólnego z prawdą zawartą w Magisterium Kościoła.

Tfu!… tfu!… tfu!… jak ja mam ich traktować poważnie? Jak mam ich szanować, jak mam się z nich nie śmiać? Należy się jak najszybciej odizolować… to ostatni raz gdy wszedłem na niedziela.pl

I na deser… dokładka tego wodolejstwa:

A bez poznania prawdy o Bogu człowiek nie jest w stanie zrozumieć siebie samego, swojej całkowitej od Boga zależności, swoich obowiązków względem Niego, a także celu swojego życia i sensu wszystkich swoich zmagań.

Ja jestem swoim własnym zbawicielem

W filozofii często pojawia się pojęcie „Ja” doskonałego. Cóż może być ważniejsze niż rozwój samego siebie, dbanie o własne ciało i „duszę” (metaforyczną) i zaspokajanie własnych potrzeb. Według mnie nic! Nawet empatyczny wolontariat przepełniony jest korzyścią sumienia, tak więc nic nie robimy bezinteresownie. Nic! Wiązanie się z kimś jest elementem zaspokajanie samotności… potrzebujemy tego jak tlenu! Oczywiście istnieją odstępstwa a jest nim postawa „nadczłowieka”.

Twórcą doskonalenia własnego „Ja” był mój ulubiony już filozof, Nietzsche. Wzorował się on na Schopenhauerze i jego wizji poszukiwania absolutnego szczęścia. Schopenhauer pisał o „własnej woli” a Nietzsche o „woli mocy” która jest rozwinięciem jego założeń.

Schopenhauer twierdził, że w tej sytuacji jedynym racjonalnym działaniem jest więc zagłębienie się w sobie, przeanalizowanie własnych popędów, zapanowanie nad nimi i w ten sposób „przekroczenie siebie” i pełne przejęcie kontroli nad własną wolą.

Nadczłowiek będzie więc kimś kto dążył do rozwoju własnej kultury, wykształcenia, etyki, moralności, silnej postawy psychicznej (nihilistycznej). Nadczłowiek będzie trzymał się zasady „złotego środka” czyli umiar we wszystkich uczuciach emocjonalnych. TO NIE POCZUCIE SIŁY A CHĘĆ DĄŻENIA DO NIEJ! Czy to jest egoizm? Czy może „narcyzm”? Według mnie to jest po prostu filozofia F. Nietzschego!

Układa(ło) mi się…

Zanim przejdę do meritum sprawy, zwrócę uwagę na drażliwy mnie wyraz coraz częściej pojawiający się w TV. Chodzi o „specustawę”. Według językoznawców jest to błąd polegający na budowaniu formacji niezgodnej z polskimi modelami słowotwórczymi. Podobne wyrażenie to np. „specgrupa” zamiast „grupa specjalna”. Oczywiście to nie ma nic wspólnego z pozostałą częścią wpisu.

Układa mi się, to znaczy wszystko zaczyna mieć swój cel i określony kierunek. To chyba oznaka dorosłości… och… fuj (nie lubię wyrazu „dorosły” zam. „wiecznie młody”). Mam do perfekcji określone poglądy na politykę oraz wiem z kim/czym walczę. Posiadam określone wymagani wobec partnerki której i tak nie chcę/nie muszę mieć. Dobrze się czuję z ludźmi z którymi się spotykam, więc nie potrzebuję poznawać nowych znajomości by poszerzyć sieć kontaktów (ta powiększa się samoczynnie, nie trzeba o to dbać gdy ma się epikurejski charakter). Mam gdzie mieszkać a okolica wydaje się przecudowna pod wieloma względami – czyli „odnalazłem swoje miejsce na ziemi” (nie ukrywam, że wolałbym mieszkać w Czechach, ale to wymagałoby zbyt wielu poświęceń). Nie jestem uzależniony od telewizji, internetu, narkotyków i od papierosów (choć palić lubię)… Staram się zdrowo odżywiać (choć sprzeczne to z alkoholem). Jak tylko stać mnie będzie na dobry rower to będę mógł mówić o weekendowym aktywnym wypoczynku. Interesuję się etykę, religią, polityką (choć niechętnie) oraz tańcem „FireShow”. W wolnych chwilach czytam książki, słucham muzyki i żongluję!

I coś w tej utopi jest kurewsko nie tak jak być powinno! Praca! Jestem stworzony do informatyki i pracy biurowej lecz taki luksus skończy się nie dalej niż w październiku. W moim małym miasteczku nie mam szans (bezrobocie to największa wada życia z daleka od wielkich aglomeracji) na dobre zajęcie z którego mógłbym czerpać korzyści (takie jak np doświadczenie). To wymaga przeprowadzki do Starogardu Gdańskiego lub 3-Miasta. To zaś będzie przyczyną zmian na które nie jestem jeszcze gotowy… po prostu się kurwa boje! Ha… bo ja nie będę przyjeżdżał do swojej rodzinnej miejscowości by chwalić się jaką mam świetną pracę w Tesco – nie! Ja się będę musiał przestawić na inne standardy życia! To będzie jak odbudowa domu, cegła po cegle… Demonizuję! Wiem… już przestaję… więc zaślepki na oczy i chec do przodu!

Jest krzyż, jest impreza!

Tak skomentował cały cyrk jeden z przeciwników krzyża. Ja – o krzyżu pisać nie miałem. Teraz jednak, widzę pozytywne aspekty całej tej hucpy! Ano, krzyż i banda oszołomów to obraz prawdziwej polskości, której „inteligencja” się wstydzi. To zaś… motywuje wielu do działania i tak powstaje pocisk anty-klerykalny z różnych środowisk (aktorów, pisarzy, muzyków, socjologów, psychologów, polityków). I co najważniejsze, temat ten nie gaśnie, jest wprost proporcjonalny to pierwszych reakcji. I… wbrew wszystkim którzy chcą zakończyć ten spód… mam nadzieję że zobaczę tych czubów jak bronią krzyża zimą, przy minus 30 stopniach C. Buahahaha…

Przeczytałem ostatnio „List do chrześcijańskiego narodu” – Sam Harris i jestem zajebiście podniecony walką z jakąkolwiek wiarą teistyczną. Napawam się tekstami anty-kościelnymi a „spór o krzyż” mi to ułatwia.

Zostawcie krzyż w spokoju… bo z czegoż innego mam się śmiać :-)